Butem w twarz

sobota, Luty 27, 2010 15:50

Politycy walczą o głosy. Walczą zaciekle, eliminują konkurentów dostępnymi sposobami, nie wahają się użyć nawet najbardziej obrzydliwych metod. W czasie kampanii wyborczej jest karnawał, zasady nie obowiązują, zwłaszcza te moralne. Granie czysto nie jest w cenie. Przyda się zdjęcie lokalnej kurtyzany w objęciach prezydenta miasta, dobrze też mieć coś nagrane albo chociaż spreparowane, jak już nie oryginał. Wszystkie chwyty dozwolone, żadna broń nie jest straszna, a każdy kto wchodzi do gry musi się z tym liczyć. Od losu, przypadku czy faktycznych preferencji wyborców niewiele tu zależy. W końcu jak się rzuca błotem zawsze coś się przyklei, nawet do najbardziej kryształowej postaci, która w ten sposób może bezpowrotnie stracić szanse. Po wyborach nadchodzi jednak moment, że politycy już nic nie mogą zrobić. Wtedy liczy się głosy i przyznaje mandaty. Tu już wszystko zależy od metod, których jest co najmniej kilka. Okazuje się, kto faktycznie jest wygranym i że liczba głosów czasami nie jest sprawą kluczową. Kampania dobiegła końca. Szczęśliwi wybrani zasiedli już w swych wymarzonych fotelach sejmowych. Z telewizora nie sączy się chwilowo agresywna pyskówka, wspierana złośliwo-ironicznymi spotami. Teraz słuchamy planów, marzeń i okrzyków zachwytu nad spektakularnym sukcesem. W mieści jednak kampania trwa. Z bilbordów nadal szczerzą się do nas kandydaci, z tym, że niektórzy mają już ubytki w uzębieniu, spowodowane czarnym markerem. Inni dostali w prezencie od nieusatysfakcjonowanej młodzieży zarost lub szpetne, pirackie klapki na oko i parę szwów. Ci najmniej ulubieni otrzymali też rogi i dodatkowe hasła. Niektórzy nobliwi politycy dosłownie zostali zmieszani z błotem i wyborcy depczą po ich wyphotoshopowanych twarzyczkach. Niby się nie powinno tak traktować bliźniego, ale cóż. Komitet wyborczy mógł swego kandydata przed taką profanacją uchronić, gdyby tylko po wyborach zarządził sprzątanie, tych wszystkich śmieci, co je radonie i z nadzieją sukcesu w mieście umieścił. Właściwie politycy sami sobie winni, że im się wizerunek pogarsza

Słupki poparcia

niedziela, Luty 21, 2010 15:43

W kampanii wyborczej w końcu przychodzi taki moment, w którym opinia publiczna prowokuje konfrontacje. Liderzy partyjni i kluczowi kandydaci, nie mogą już bezkarnie obrzucać się błotem, jedynie przy pomocy reklam, ulotek czy naprędce organizowanych, partyjnych konferencji prasowych. Lud ma dość igrzysk, więc zaczyna wymuszać konkrety. Najczęściej konkrety owe przybierają formę poważnych debat politycznych. Nie są to wcale zwykłe rozmowy, bo są narzucone ważkie tematy i ramy czasowe. Debatą kieruje na ogół sprawny dziennikarz, który nie pozwoli dyskutantom na niesubordynację. Często w czasie takich spotkań, gdy polityk staje twarzą w twarz z bezpośrednim swoim konkurentem, cała prawda wychodzi na jaw. Wtedy okazuje się z jakiego formatu człowiekiem mamy do czynienia. Debaty są przeważnie dyskutowane jeszcze przez dość długi czas, a publiczność czyli potencjalni wyborcy oceniają, kto zwyciężył. Zwykle tego rodzaju spotkania mają wielką moc, bo rzadko zdarza się, by w prawdziwych wyborach wygrał ktoś, kto przegrał debatę. Sondaż. Czym, że jest sondaż? Wyborczym bogiem, wyznacznikiem sukcesu, kreatorem rzeczywistość, bronią numer jeden, która pozwala na sterowanie wydarzeniami. W końcu to jak wyglądają słupki poparcia, zależy najczęściej od tego, kto je zamawia. W końcu znane są w historii liczne przypadki konferencji prasowych, zwoływanych z okazji oszałamiającego wzrostu poparcia. Cóż, metoda walki wyborczej jak każda inna, pod warunkiem, że skuteczna. A tego odmówić jej nie można. Badania opinii publicznej robią wrażenie, szczególnie, gdy dołoży się opisy grupy, którą pytano o zdanie czy użyje się dla podkręcenia atmosfery kilku trudniejszych słów, nadających całemu przedsięwzięciu pozory rzetelności naukowej. Wiadomo, że wyniki sondaży zmieniają się zależnie od tego, kto i kogo o zdanie pyta. Tylko, tą oczywistą prawdą nikt się nie przejmuje, zwłaszcza w momencie, gdy wyniki sondażu wypłyną już do mediów, a potem są bezkrytycznie przez nie powtarzane. Zanim się zaczniemy nimi jakoś bardziej przejmować lepiej chyba zastanowić się nad ich pochodzeniem.

Gdzie można spotkać polityka?

sobota, Luty 6, 2010 15:39

Wiece bywają partyjne, choć Polakom takowe nie najlepiej się kojarzą. Wiec jest wiecem, ale lepiej się w kraju sprzedaje ubrany w jakieś mniej ideologiczne szatki. Może być festynem ludowym, to jeszcze zupełnie do przełknięcia. Dożynki też jeszcze są do wytrzymania. Mimikra robi jednak gorsze wrażenie, gdy korzysta z odpustu. Więcej, to nawet zakrawa na profanację. Nie ulega jednak wątpliwości, że gdzieś ci politycy ludowi pokazywać się muszą. A lud bywa bardzo niechętny, jeżeli chodzi o spotkania partyjne, żaden obywatel takiej prawdy w najczystszej postaci nie przełknie. Trzeba więc zaproponować coś, co będzie lżej strawne, atrakcyjne i miłe. A to impreza dla dzieci, a to spotkanko artystyczne, może też być degustacja jakichś smakołyków. Gdy ofiary zwabione taką przynętą już przyjdą, zasiądą i zaczną w błogości konsumować atrakcje, można zaatakować. Wtedy pojawia się gwóźdź programu i zaczyna sączyć ludowi do głów różne frazesy, serwowane cyklicznie, bez dbałości o innowacyjność w okolicach wyborów. Nie każdego wyborcę można zaatakować miodem politycznych planów osobiście. Jest ich po prostu za dużo. Trzeba skorzystać z innej drogi. Już mniejsza o konkretne nazwiska, teraz spróbujemy zwrócić uwagę po prostu na partię, przecież i tak wszystko zostanie w rodzinie. Najłatwiej społeczeństwu wbić wiedzę do głów przy pomocy telewizji. Może nie jest to najtańsza na świecie metoda, ale dość skuteczna. Im więcej ludzi to zobaczy tym lepiej. Zwłaszcza, gdy obejrzą to ci, którzy do przekazu podchodzą zupełnie bezkrytycznie. Gorzej, gdy spoty zaczynają przypominać pyskówkę, wtedy trudno nawet tę mniej światłą część ludu przekonać do swego. W końcu jak pojawia się jeden spot wymierzony w konkurencję, to trudno się nie spodziewać odpowiedzi na niego, ale ze zdwojoną agresją. Jeśli partia decyduje się już na kampanię negatywną skierowaną w przeciwników, trzeba się spodziewać, że zainicjuje tym samym politycznego ping ponga, który będzie trwał do dnia ciszy wyborczej. Na dodatek stanie się dość nudny dla wyborców, którzy mogą nie zechcieć sekundować w takim kiepskim pojedynku.

Do biegu gotowi

sobota, Styczeń 23, 2010 15:34

Na ogół w czasie trwania kadencji sejmu jest spokój. Rzadko kto się czepia konkurencji, zdarzy się czasem, ale tak bardziej dla przypomnienia o sobie, jakieś małe oskarżenie rzucone przez opozycję albo w opozycję. Nie znaczące są to jednak przypadki. W końcu jak się już dostało, to co się chciało, to nie ma się o co bić. Oczywiście do czasu. Bo przecież w końcu zbliżają się kolejne wybory i znowu będzie o co walczyć. Wówczas aktywność partii politycznych zaczyna niebezpiecznie wzrastać. I nie polega ona wcale na tym, by pracować coraz lepiej i rosnąć w oczach wyborców. O nie. Raczej trzeba pokazać, że inni pracują dużo gorzej. Zatem zaczyna się sezon, w którym każdy każdego jest gotów obrzucić sporą ilością błota, byle tylko wypłynąć na powierzchnię politycznego bagienka w momencie głosowania. Od teraz, każde wiadomości to nowa ofiara konkurencji politycznej. Żeby zachować trzeźwość myślenia i ocen, najlepiej wcale informacji nie oglądać lub dzielić przez pół to wszystko, co się tam zobaczy i usłyszy. Zaczęło się. Nie ma w mieście takiego słupa, z którego nie spoglądałby na nas kandydat. Niektórzy szczerzą zębiska w przyjaznym, ale jednak fałszywym uśmiechu. Inni spoglądają na nas z marsową miną, wszechwiedzącego mędrca. Nie brak też uroczych cioć i wujków, zerkających dobrotliwie z bilbordów. Co kto lubi. Dla każdego coś miłego. Aż strach otwierać lodówkę, żeby stamtąd nie wyskoczył kandydat, niczym pajac na sprężynie. Na to jest sposób, można po prostu się nie rozglądać, będzie trudno, ale jednak można. Gorzej, gdy kampania włazi nam pod nogi, zwłaszcza gdy się śpieszymy do pracy albo na uczelnię. Wprawdzie można ignorować te nieszczęsne dzieciaki zaczepiające nas z ulotkami i krówką wyborczą. Tak tak, teraz jest kryzys kiełbasy już nie ma, krówki są tańsze i łatwiejsze w transporcie. Wracając do dzieciaków, co one nam winne, że reprezentują żenującego kandydata. W końcu żadna praca nie hańbi, ale w okresie przedwyborczym, profesji ulotkarza należy dla własnego bezpieczeństwa unikać.

Kobiety na swoim podwórku

piątek, Styczeń 1, 2010 15:29
Kategoria Wybory

Politycy najbliżej nas, to te lokalne władze, z którymi najczęściej mamy do czynienia osobiście w urzędach. Siedzą w różnych radach gmin, powiatów czy sejmikach wojewódzkich. Tam decydują o sprawach drobnych, ale dla nas mają one bardzo duże znaczenie. To oni wyznaczają zasady dla lokalnej społeczności. Ponad to, to oni decydują i gospodarują naszym majątkiem komunalnym. Ważne jest by robili to jak najlepiej, z zyskiem dla społeczności. Dlatego wybierając na przykład wójta, po pierwsze trzeba się rozejrzeć za takim kandydatem, który będzie świetnym gospodarzem, mądrym i zaradnym. Dobrze by też było, żeby umiał słuchać ludzi i rozumiał ich potrzeby. W końcu chodzi o dobro wspólne, to najbliższe, zupełnie namacalne czyli na przykład szkołę czy ośrodek zdrowia. Na wyborach samorządowych szansa, że znamy kandydata bliżej jest dość duża, więc właściwie jest prościej. Wybieramy tego człowieka, który naszym zdaniem, ma najwięcej cech, które uznamy za istotne i konieczne do reprezentowania nas. Na listach wyborczych raczej królują mężczyźni. Ich jest najwięcej, to oni właściwie stanowią trzon krajowej polityki, więcej ich w parlamencie i w mediach. Kobiety stanowią właściwie tylko pewną dla nich ozdobę, rodzaj partyjnej wisienki na torcie. Tylko nieliczne panie mają ochotę zajmować się polityką, pozostałe wybierają zajęcia bardziej stereotypowe i uważne jednocześnie za bardziej kobiece. Kobiet w parlamencie jest niewiele, ale jak już są to na ogół są niezwykle wyrazistymi, pewnymi siebie i przebojowymi postaciami. W ramach poprawności politycznej powstał pomysł parytetów czyli zagwarantowania określonej liczby miejsca na listach wyborczych, właśnie paniom. Tylko czy to dobry pomysł? Troszkę budzi obawy, bo może dojść do tego, że listy będą wypełniane na siłę i wcale nie będą ważne kompetencje czy predyspozycje. Jeśli mielibyśmy wybierać spośród byle jakich kandydatów, to chyba taki system w ogóle nie ma sensu. Lepiej, żeby polityką zajmowali się ci, co się w niej dobrze czują i wiedza o co w niej chodzi.

Nasi w Europie

sobota, Grudzień 19, 2009 15:25
Kategoria Wybory

Prezydent nas reprezentuje, tu i ówdzie, głównie na wypadach zagranicznych do swoich odpowiedników. Ważne to jest, a i owszem, natomiast najbardziej winno nas jednak interesować, kto w tym kraju ustala reguły gry, według których my tutaj egzystujemy. Edukacja, podatki, służba zdrowia, emerytury i tym podobne kwestie są właściwie kluczowe. Zajmuje się nimi głównie rząd z premierem na czele, a oni wszyscy wyłaniają się z parlamentu, który przemyślanie powinniśmy sobie wybrać. Najlepiej, gdyby się tam znalazła grupa ludzi, która nie tyle będzie nam odpowiadała ideologicznie, bo ideologią się nie najemy, co dobrze i rzetelnie zadba o nasze interesy, co najmniej tak jakby zadbała o własne. Zanim damy jakiemuś posłowi krzyżyk na drogę, lepiej więc zasięgnąć języka, co to w ogóle za jeden, czym się zajmuje i czy w ogóle wart jest naszego głosu i diety poselskiej. Przy okazji dobrze też, żeby miał podobne wartości i przekonania jak nasze, ale tak naprawdę linia partyjna jest tu trochę mniej istotna, byle się nasz reprezentant nie obijał w pracy. Do naszych znanych już z niezbyt długiej praktyki demokratycznej wyborów, doszły nowe. Teraz wybieramy też polskich reprezentantów do Parlamentu Europejskiego. Wydaje się, że to taka odległa, nieistotna spraw, ale niezupełnie tak to funkcjonuje. Europosłowie są naszym głosem w Unii Europejskiej, dobrze więc, żeby nie przynieśli wstydu. Ważne zatem, żeby odzywali się tam mądrze, rozumieli co się do nich mówi, przynajmniej po angielsku i umieli mądrze zadbać o nasze sprawy i całej Wspólnoty. Na miejscu nie zostaną zwartą grupą, ale połączą się z reprezentantami z innych krajów, najbliższymi sobie ideowo, więc dobrze by było, gdyby w związku z tym umieli też zawalczyć o swoje w obcej grupie. Czy wybiera się posła czy europosła, w zasadzie na to samo wychodzi, tak jeden jak i drugi, jest powołany do tego by zadbać o dobrze pojęty interes społeczny. Gdy zrozumiemy, że to także nasz interes, będziemy bardziej rozważnie oddawać głosy, a tym samym zaświadczać o zaufaniu do swoich przedstawicieli.

Wiecznie narzekanie

poniedziałek, Listopad 2, 2009 15:22
Kategoria Wybory

Stare porzekadło mówi, że „jeszcze się taki nie narodził, co by wszystkim dogodził”. Wybitnie pasuje ono do polityki i narodowej polskiej przywary czyli narzekania. Właściwie w tym kraju narzekanie jest w dobrym tonie, szczególnie na pogodę – tu wyprzedzają nas jedynie Anglicy – i politykę. Kto by nie zasiadł u sterów władzy, zawsze będzie pewna grupa niezadowolonych wyborców. Ci, mogą narzekać właściwie na wszystko, co dany polityk zrobił lub pokazał i to począwszy od krawata na ostatniej konferencji prasowej, a skończywszy na bardziej ważkich problemach, jak głosowanie nad kwestiami legalizacji aborcji. Ale pomyślmy nad prawem do tej frustrującej czynności, jaką jest narzekanie. Winni je mieć tylko ci, którzy sami sobie takiego przedstawiciela wybrali. Niestety nie ma ich zbyt wielu. Tymczasem narzekają też wszyscy inni, a najczęściej najgłośniej ci, którzy do urn w ogóle nie poszli. A jakim prawem? Jak sobie wybiorą, to sobie będą mogli narzekać, a dopóki się to nie zdarzy buzia na kłódkę i czekać do następnych wyborów. Okazji do wykazania się w ramach spełniania obywatelskiego obowiązku jest sporo. Zacznijmy od tej najważniejszej. Możemy sobie mianowicie wybrać własnego prezydenta. Ta czynność jest dość prosta. Karta do głosowania jest tylko jedna, sprawa jest zupełnie jasna. Trzeba postawić krzyżyk przy wybranym nazwisku. Dobrze jednak pamiętać, że prostota sprawy nijak nie odzwierciedla jej ważkości. Wszakże prezydent, to bardzo ważna osoba. Na swoim podwórku, to on by mógł być jeszcze taki trochę… mniej doskonały. Natomiast, to ma być człowiek, który będzie nas reprezentował poza granicami kraju. Dobrze zatem, żeby potrafił się odezwać w towarzystwie, najlepiej w kilku językach obcych. Korzystnie dla kraju byłoby również, gdyby mówił przy tym mądrze i raczej rzeczy przemyślane niż cokolwiek, co mu ślina na język przyniesie. Gdyby jeszcze przy tym jakoś w miarę przyzwoicie wyglądał albo chociaż miał żonę, która wie jak zrobić, żeby osiągnął prezencje niczym głowa państwa, to właściwie byłoby już wszystko.

Obywatelski obowiązek

wtorek, Październik 20, 2009 15:18
Kategoria Wybory

Od podstawówki, a niektórym i wcześniej, wpaja się nam, że na wybory należy chodzić, że to nasz obywatelski obowiązek. Wielkie to słowa i brzmiące bardzo godnie. Tylko co to jest tak właściwie? Niektórzy nauczyciele wiedzy o społeczeństwie twierdzą, że prawo równa się obowiązek i chyba coś w tym jest. Zatem obowiązek obywatelski z pewnością wynika z praktycznych aspektów demokracji i z naszych demokratycznych praw. Mamy więc prawo wybierać naszych przedstawicieli, ludzi, którzy będą nas godnie i należycie reprezentować, dbając o nasze interesy. Zwykle nie jest nam obojętne, kto o nas dba, z należyta refleksją i zainteresowaniem wybieramy bank, ubezpieczyciela czy lekarza pierwszego kontaktu. Jeśli w tych kwestiach potrafimy się upomnieć o swoje, to dlaczego nie zrobić podobnie w sprawie podatków, edukacji, ochrony zdrowia czy spraw zagranicznych. Te wszystkie obszary są bardzo ważne, dlatego dobrze jest jednak wypełnić ten obywatelski obowiązek, pójść na kolejne wybory i spróbować wpłynąć na to, kto się nimi zajmie. Stosunek społeczeństwa do polityki zwykle najlepiej widać przy okazji kolejnych wyborów. Frekwencja przeważnie oszałamiająca nie jest. Do wyborów chodzą na ogół ci sami ludzie. Młodzież natomiast nie zdążyła sobie wyrobić nawyku brania udziału w wyborach. Prawo do głosowania i rzeczywisty, demokratyczny wybór był już dla nich sytuacją zastaną. Oni nie widzieli list kandydatów z klucza partyjnego, nie doświadczyli represji, nie musieli walczyć o przywilej wolnych wyborów. Po raz kolejny sprawdza się, że coś, na co się pracuje, jest więcej warte i bardziej szanowane niż to, co się po prostu dostaje na tacy. Ale to nie wszystko. Młodych polityka nie interesuje. A dlaczego? Bo ona nic im nie oferuje, nie utożsamiają się z nią, nie traktują jak części życia społecznego. Nie czują w niej własnej mocy sprawczej. Uważają, że ich głos nic nie zmieni, więc szkoda w ogóle cokolwiek robić, lepiej spędzić wyborczą niedzielę za miastem czy z przyjaciółmi. Szkoda, że nie widzą pokoleniowego potencjału, który dobrze wykorzystany mógłby wiele zmienić.

Wybieraj z głową

środa, Wrzesień 30, 2009 15:15

Prezydent w naszym kraju, i nie tylko zresztą u nas, z tego co można zaobserwować w międzynarodowych mediach, nie pozostaje bezkarny. Prezydenta można sprawdzać. Nie mam wprawdzie większego pojęcia na temat tego, kto jest uprawniony do tego typu występów, ale wierzę, że jest to osoba wysoko postawiona. Skoro właściwie  może sprawdzać pierwszego po Bogu w Polsce, to no cóż, oznaczać może tylko tyle, że jest albo z Urzędu Skarbowego (ale mi się żarciosza udało przemycić^^) albo z Najwyższej Izby Kontroli. Prezydenta nie można jednak postawić przed Sądem. Można go podstawić za to przed Trybunałem Konstytucyjnym. I nie wiem, właściwie to nie wiem czy ktokolwiek wie, co może taki fajowy Trybunał zrobić naszemu szanownego Prezydentowi. Proponuję, żeby to kiedyś wypróbować, myślę, że mogłaby być z tego całkiem niezła afera na skalę światową. I jak zwykle polscy politycy mogliby się okryć hańbą i w ogóle znowu wyszłyby na jaw dziwnego pochodzenia filipińskie choroby. Chyba właściwie szkoda zachodu. Podsumowując, od prezydenta państwa wymaga się niezwykle wiele. Nie jest to ani funkcja łatwa, ani przyjemna. Jest rzeczywiście niezwykle prestiżowa, ale też stawia przed osobą pretendującą na ten urząd niezwykle wysokie wymagania. No cóż, oczywiście, na szczęście nie każdy może być prezydentem, chociaż wielu jest takich, którzy uważają, że to właśnie oni nadają się na ten fotel najlepiej. Ale my oczywiście znamy takich mędrków, jest ich tylu, ile wioskowych głupków, tak dla równowagi. Nie mogę z głowy wybić sobie Filipa. Wracając jednak do tematu, prezydent musi być osobą naprawdę wyróżniającą się z tłumu, ale to oczywiście tak jak najbardziej pozytywnie. Nie może być osobą, która ma na swoim koncie jakiekolwiek wyroki, czy kiedykolwiek była karana. Musi być osobą o nieskazitelnej reputacji, a także o charakterze i podejściu do życia, który mógłby stać się pierwowzorem dla innych, którzy by mogli naśladować naszego jedynego prezydenta, który w końcu jest głową państwa. Dlatego też prezydenta należy wybierać z głową.

Prezydencka odpowiedzialność

sobota, Sierpień 15, 2009 15:13

Dlatego ocenić pracę zrzeszonego prezydenta – naprawdę, to nie lada gratka ale i nie lada wyzwanie dla politologów, ale i socjologów. Jednak na taką ocenę ma wpływ też to, jak układała mu się współpraca z dwoma izbami zgromadzenia ludowego, czyli z sejmem i senatem. Nie jest to rzeczywiście łatwe współpracować z rzeszą polityków o poglądach innych, lub wręcz zupełnie wrogo nastawionych do prezydenta i tego, co chce zmienić. To trochę tak jakby próbować rozbić głową mur z cegieł. Wcale się nie uda, a co najwyżej nabijemy sobie porządnego guza na głowie. Bezsensowna praca zupełnie. Nie zmienia to jednak faktu, iż prezydent powinien się ze wszystkich sił starać nie fyle przełamać opór opozycji, co po prostu przekonać swoich przeciwników politycznych o słuszności swoich dążeń i pomysłów. Jest to poza tym znacznie bardziej efektywne, niż bezsensowne spieranie się z nimi na oczach całego społeczeństwa.  Prowadzi to również ponadto do tego, e ludzie, zwykli szarzy obywatele tracą zaufanie do prezydenta, bo traci on w ich oczach niezwykle wiele za brak umiejętności perswazji. Prezydenci przyjmują na siebie bardzo dużą odpowiedzialność. Za kraj, za naród, za gospodarkę, za to, jak całe państwo jest odbierane na arenie międzynarodowej. Jednak w obecnym ustroju, prezydent właściwie pełni role głównie reprezentatywne. Ma być niczym papież – ikoną kraju, na czele którego stoi. Jednak poza tym, ma on oczywiście wpływ na to, co dzieje się w państwie. Ma on możliwość wystąpienia do sejmu  z projektem ustawy, czyli z wnioskiem ustawodawczym. Ustawa taka może być oczywiście przez Sejm zatwierdzona bez większego problemu. Ale zwykle nasz Sejm tego nie czyni, bo przewagę w Sejmie ma opozycja względem prezydenta, co sprawia, że każdy pomysł na nową ustawę ze strony naszej głosy państwa jest bez większego zastanowienia z miejsca negowany i odrzucany. Prezydent ma także prawo weta. Nie za wiele ono mu daje, ale może przynajmniej się ucieszyć, że je ma. Prawo weta polega na tym, że prezydent może z mańki wyskoczyć i rzec: nie zgadzam się! I wtedy właśnie stosuje prawo weta. I właściwie na tym się kończy to, co może prezydent. Więc w sumie kiepsko być prezydentem.